ks. dr Lucjan Bielas – UP JPII

„Oto Matka Twoja”
09/05/2021
ks. dr Lucjan Bielas – UP JPII
16/05/2021
Pokaż wszystko

ks. dr Lucjan Bielas – UP JPII

Oświadczyny
(J 15, 9-17)
Różne składamy sobie wyznania. Niewątpliwie największe i najbardziej zmieniające nasze życie to
wyznania miłości. Nieraz na takie wyznania daremnie czekamy i zabiegamy o nie całe życie, a w ich
braku upatrujemy osobisty dramat. Wiemy, że nikogo do takich wyznań nie możemy zmusić, a tym
bardziej do konsekwentnie idącej za nimi życiowej postawy. Wyznanie miłości jest najpiękniejszym
aktem wolnej osoby, gotowej na wszystkie płynące z tego konsekwencje. Owe, uroczyście nazywane
– oświadczyny, są deklaracją dania swojego życia drugiej osobie i gotowością na przyjęcie jej życia.
Dwoje stają się jednym, a miłość sprawia, że są jeszcze wolniejsi.
Jest pewien osobliwy paradoks. Dla wielu z nas wyznanie miłości, złożone przez drugiego
człowieka, ma zdecydowanie większe znaczenie, niż wyznanie miłości, jakie składa nam Bóg. Te
Jego oświadczyny, traktujemy często tylko jako pobożne hasła, które nie wywołują głębszego
oddźwięku w naszych sercach, umysłach i działaniu.
Dlaczego tak jest?
To Bóg pierwszy wyznaje człowiekowi swoją miłość i to nie tylko przez akt stworzenia, ale również
przez swoją obecność. Księga Rodzaju w metaforycznym obrazie ukazuje Boga, który przechadza się
po rajskim ogrodzie, otwarty na towarzystwo człowieka (por. Rdz 3,8). Te przechadzki z Bogiem
zakończył grzech człowieka, który zaczął się bardziej bać, niż kochać.
Miłość Boga jest jednak większa niż ludzki grzech. Jakże wymowne są słowa Jezusa: Jak Mnie
umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje
przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam
w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.
Ojciec Niebieski tak bardzo nas pokochał, że nie zawahał się dać nam swojego Syna, gotowego oddać
za nas swoje życie. To wyznanie miłości Boga do człowieka zdecydowanie przewyższa miłość okazaną
nam w akcie stworzenia. Przyjęcie tej miłości jest daniem Bogu całego swojego życia. Bóg przyjmuje
człowieka, a człowiek Boga. Każda ze stron w tym cudownym zjednoczeniu zachowuje swoją
tożsamość i wolność.
Każde oświadczyny przekładają się na prozę życia, która dzień po dniu weryfikuje ich autentyczność.
Codzienna wierność deklaracji miłości nieustannie pogłębia ją. Tak jest zarówno z miłością do Boga,
jak i do drugiej osoby. Przedziwnie, ale te miłości mają wspólny mianownik.
W najbardziej nieludzkich warunkach, będących zaprzeczeniem miłości Boga i człowieka powstał
jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości. Jego autorem jest Wiktor Frankl, Żyd, znakomity
psychiatra, więzień obozu Auschwitz. Pozwalam sobie zacytować fragment jego książki „Człowiek w
poszukiwaniu sensu”(s. 68.71).
W ciemnościach potykaliśmy się o wielkie kamienie i z trudem pokonywaliśmy rozległe kałuże na
jedynej drodze wiodącej z obozu. Eskortujący nas strażnicy cały czas pokrzykiwali i popędzali nas
kolbami swoich karabinów. Ci, którzy mieli szczególnie obolałe stopy, wspierali się na ramionach
swoich towarzyszy. Z rzadka tylko padało jakieś słowo; lodowaty wiatr nie zachęcał do prowadzenia
rozmów. W pewnym momencie mój najbliższy sąsiad wyszeptał, kryjąc twarz za postawionym
kołnierzem: „Gdyby nasze żony mogły nas teraz zobaczyć! Mam nadzieję, że spotkał je lepszy los w
innym obozie i nie wiedzą, jak jesteśmy traktowani".

Jego słowa sprawiły, że pomyślałem o swojej żonie. I gdy tak pokonywaliśmy kolejne kilometry –
potykając się, ślizgając po zmarzniętej ziemi, podtrzymując się nawzajem i ciągnąc jeden drugiego
naprzód – nic więcej nie zostało powiedziane, lecz obaj wiedzieliśmy, że ten drugi rozmyśla o swojej
żonie. Co pewien czas zerkałem w niebo, gdzie wolno gasły gwiazdy, a różowe światło poranka
rozlewało się coraz szerzej za wałem ciemnych, spiętrzonych chmur. Przed oczyma jednak wciąż
widziałem twarz swojej żony, której obraz był w mojej wyobraźni boleśnie wyraźny. Słyszałem, jak mi
odpowiada, widziałem jej uśmiech, jej szczere, dodające otuchy spojrzenie. Wyimaginowane czy nie,
w moich oczach to jej spojrzenie miało wówczas w sobie więcej blasku niż promienie właśnie
wschodzącego słońca.
Nagle poraziła mnie pewna myśl: po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć
wplatana w pieśni przez poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że
miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek. Pojąłem
wówczas sens największej tajemnicy, której rąbka uchylają przed nami dzieła największych poetów,
myślicieli i duchownych: droga do zbawienia człowieka wiedzie poprzez miłość i sama jest miłością.
Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na tym świecie odebrano, wciąż może zaznać
prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krótką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co
najbardziej ukochał. W sytuacji całkowitej samotności, gdy nie sposób wyrazić samego siebie poprzez
pozytywne działanie, gdy jedynym i największym osiągnięciem jest godne i szlachetne znoszenie
własnego cierpienia, nawet w takiej sytuacji można doświadczyć spełnienia, kontemplując z uczuciem
noszony w sercu obraz najdroższej nam osoby. Po raz pierwszy w życiu byłem w stanie w pełni pojąć
znaczenie zdania: „Aniołowie zatracają się w nieustannej kontemplacji nieskończonej chwały". Nagle
idący przede mną człowiek potknął się, a ci, którzy za nim podążali, automatycznie na niego wpadli.
Natychmiast zjawił się strażnik i na nieszczęśników posypały się uderzenia bata. Wydarzenie to
wyrwało mnie na kilka minut z moich marzeń na jawie. Wkrótce jednak moja dusza odnalazła drogę
powrotną do innego świata, zostawiając za sobą tragiczną egzystencję więźnia, ja zaś podjąłem
przerwaną rozmowę z moją ukochaną. Zadawałem pytania, na które odpowiadała; potem zaś ona
pytała, a ja odpowiadałem.
„Stać!". Głośny ten okrzyk oznaczał, że przybyliśmy na miejsce. Zaraz też wszyscy rzuciliśmy się do
ciemnego baraku w nadziei zdobycia jakiegoś przyzwoitego narzędzia. Każdy więzień dostawał do
dyspozycji szpadel lub kilof.
„Nie możecie szybciej, świnie?". Wkrótce potem zajęliśmy swoje wczorajsze miejsca w rowie.
Zmrożona ziemia zgrzytała pod kilofami, aż leciały iskry. Mężczyźni milczeli, pracując w otępieniu.
Tymczasem moje myśli krążyły wokół obrazu żony, który wciąż miałem przed oczyma. W pewnej
chwili przyszło mi coś do głowy: przecież nawet nie wiedziałem, czy ona nadal żyje. Wiedziałem
jednak coś innego – coś, w co do tej pory głęboko wierzę: miłość nie ogranicza się do fizycznej powłoki
ukochanej osoby. Prawdziwą głębię odnajduje się, dopiero wnikając w jej duchowe jestestwo, jej
wewnętrzne „ja". Wówczas to, czy osoba ta jest przy nas obecna, czy nie, czy żyje, czy jest martwa,
przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nie wiedziałem, czy moja żona żyje, i nie miałem szans tego sprawdzić (podczas całego okresu mojej
niewoli nie było możliwości odbierania ani nadawania listów), lecz w tamtej chwili nie było to dla
mnie istotne. Nie musiałem tego wiedzieć; nic nie mogło osłabić siły mojej miłości, zakłócić moich
myśli ani zatrzeć w pamięci obrazu mojej ukochanej. Wydaje mi się, że nawet gdybym wówczas
wiedział, iż moja żona zginęła, to i tak – niewzruszony tą wiadomością – oddawałbym się
kontemplowaniu jej wizerunku, a moja duchowa rozmowa z nią byłaby równie żywa i
satysfakcjonująca. „Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu (…) bo jak śmierć potężna jest miłość".

(Żonę Wiktora Frankla, Tilly, przeniesiono do obozu Bergen-Belsen, gdzie umarła (1944) w wieku 24
lat).

Może te głębokie refleksje w tych dramatycznych okolicznościach pozwolą nam odczytać
oświadczyny Boga i nasze ludzkie relacje nieco inaczej i póki jeszcze czas dokonać właściwej
korekty życia.

Ks. Lucjan Bielas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *