„PRZECHODZENIE”

ks. dr Lucjan Bielas – UP JPII
12/04/2020
ks. dr Lucjan Bielas – UP JPII
19/04/2020
Pokaż wszystko

„PRZECHODZENIE”

„PRZECHODZENIE”

 „Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom:

niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”(Mt 28,10)

            Życie to ciągłe przechodzenie. Nieustanne procesy, które dokonują się  w nas i przez nas. Bardzo trafnie ujął to starożytny myśliciel Heraklit  z Efezu (540-480r. p.n.e.) w słynnej sentencji „Τὰ πάντα ῥεῖ/ ta panta rhei” – wszystko płynie. Jasno może stwierdzić, że ów filozof miał rację. Bo nie jesteśmy w stanie „wejść -po raz kolejny – do tej samej rzeki”. Każde życiowe doświadczenie – jakie by ono nie było – pomaga nam w rozwoju człowieczeństwa zarówno w wymiarze fizycznym jak i w sferze duchowości – wzmocnienia ludzkiego ducha i woli. Wiele w życiu przechodzimy: różne okresy życia (dziecięctwa, dojrzewania, starości); pewne choroby (bóle zębów, grypy, nowotwory, itd.); różne szkolenia (zawodowe; podnoszące kwalifikacje; na prawo jazdy itp.); czas próby – weryfikacji swojego powołania; sprawdzianu swojej miłości…; życiowe załamania związane z odrzuceniem, samotnością, brakiem pracy, śmiercią kogoś bliskiego…; różne stany emocjonalne – od złości i rozpaczy, aż po spokój i miłość; poważnym problemem staje się dziś to, że zbyt często „przechodzimy obok siebie” – zamknięci na drugiego człowieka, pełni obojętności, braku zrozumienia, zamykający się na potrzeby innych; ludzkość przechodziła rozmaite wojny czy kataklizmy. Dziś świat przechodzi doświadczenie „pandemicznego wstrząsu”, który wielu ludzi poddał przymusowej kwarantannie… czy więc stać mnie – w obliczu tego co się dzieje – na większe zbliżenie się do Boga? A może będzie to o wiele radykalniejszy krok – swego rodzaju „milowy skok” od nie-wiary do wiary!? Być może będzie to okazją do pokonania swojego zniewolenia? I podobnie jak Izraelici, wyjścia z niewoli ku wolności. Aby to się dokonało, potrzeba opuszczenia grobu, w którym żyjemy. Nie chodzi tylko o wyjście z domu, czy zmianę pracy/ środowiska, pokonanie nałogu czy opuszczenie kwarantanny. Często grobem, który nas rozkłada są nasze ciała oraz nieczułe i zamknięte serce, które nie bije już normalnie lecz staje się jakby pustym dźwiękiem młotu uderzającego o skałę.

            Tak więc wszystko jest przechodzeniem, nieustannym obumieraniem i rodzeniem; od nieświadomości/niedojrzałości do rozumienia/odpowiedzialności. Zmartwychwstanie jest dla nas niezbitym dowodem na to, że życie jest przechodzeniem w wieczność.

            Jest takie opowiadanie, o pewnym pustelniku, który umierał. Przy konającym zgromadzili się współbracia. Otoczyli łoże, na którym leżał, zawinęli go w całun i zaczęli szlochać. W pewnym momencie umierający otworzył oczy i roześmiał się. Po chwili roześmiał się ponownie, a potem po raz trzeci. Ujrzawszy to braci spytali: „Powiedz nam, ojcze, dlaczego się śmiejesz, gdy my szlochamy?”, a on odparł: „Pierwszy raz zaśmiałem się, ponieważ boicie się śmierci. Za drugim razem – bo nie jesteście gotowi na śmierć. A za trzecim razem – gdyż po moich trudach udaję się na spoczynek”. Gdy tylko wyrzekł te słowa, zamknął oczy i skonał.

            Św. Augustyn – w swoim komentarzu do Ewangelii – pięknie nam przedstawi powyższą prawdę wyrażoną w taki sposób: „My nie żyjemy tyle, ile byśmy chcieli, a umieramy choćbyśmy jeszcze nie chcieli”.

            Niewiasty pierwsze słyszą Dobrą Nowinę – On Zmartwychwstał! Potem mają tę łaskę osobiście spotkać Zmartwychwstałego i usłyszeć Jego „Nie bójcie się!”. Warto nam zwrócić uwagę, że w chwili odejścia od grobu kobiety wracały „z bojaźnią i wielką radością”. Zmartwychwstanie nie załatwi wszystkiego – nie sprawi, że nagle zniknie lęk, że przestaniemy cierpieć, ale nawet w obliczu ciężkich doświadczeń, pozwoli popatrzeć na to wszystko oczami wiary z pełną ufnością wobec Boga.

            Spotykamy tak wielu ludzi – choć teraz może trochę mniej, z racji na różnego rodzaju obostrzenia epidemiologiczne – warto się zapytać co daję od siebie dla tych, obok których przechodzę? Czy potrafię, tak jak Pan Jezus dzielić się z nimi miłością, wprowadzać pokój, przynosić nadzieję i radość, zamieniając łzy smutku i żalu w krople szczęścia rozpogadzające twarz.

            Dzień przemija za dniem. Mijają lata, jutro staje się niepewne … mamy coraz mniej czasu na to by kochać. Właśnie Miłość jest najtrudniejszym przechodzeniem. To ona obnaża człowieka – choćby ten, chciał się schować w najmroczniejszym grobie, zakrytym najcięższym głazem. Ona zawsze zapyta czy pragniesz żyć? Jeśli tak, to zaprosi Cię do opuszczenia grobu egoizmu, uzależnienia, nienawiści… i uświadomi jednocześnie, że uciekając od prawdziwej Miłości, uciekasz od samego siebie. Niewiasty widząc Zmartwychwstałego – Jego Świętość – padają na twarz. Bo świętość Boga „powala z nóg”, rodzi słuszny lęk – szczególnie, kiedy widzę siebie oraz to, ile mi jeszcze brakuje do pełnego życia ewangeliczną miłością. Jak trudno mi jednak opuścić swój grób.

            Aby poznać siebie/drugiego człowieka trzeba przejść życie, podobnie jest z Panem Bogiem, nie poznamy Go od razu, ale z każdym dniem bardziej i na tyle, na ile On sam nam pozwoli.

            Takiej łaski doświadczył pewien 38-letni Włoski lekarz Iulian Urban, który nawrócił się podczas pomocy chorym w czasie trwającej epidemii we Włoszech, kiedy zobaczył wiarę i oddanie jednego kapłana.

            „Nigdy w najmroczniejszych koszmarach nie wyobrażałem sobie, że mogę zobaczyć i doświadczyć tego, co dzieje się tutaj w naszym szpitalu od trzech tygodni. Koszmar płynie, rzeka staje się coraz większa. Na początku było kilku, potem dziesiątki, a potem setki, a teraz nie jesteśmy już lekarzami, ale zostaliśmy sortownikami na taśmie i decydujemy, kto powinien żyć, a kto powinien zostać wysłany do domu, aby umrzeć, nawet jeśli wszyscy ci ludzie płacili przez całe życie podatki we Włoszech. Jeszcze dwa tygodnie temu moi koledzy i ja byliśmy ateistami;

to było normalne, ponieważ jesteśmy lekarzami i powiedziano nam, że nauka wyklucza istnienie Boga.  Zawsze śmiałem się z moich rodziców, którzy chodzili do kościoła.

            Dziewięć dni temu przybył do nas 75-letni duszpasterz. Był dobrym człowiekiem, miał poważne problemy z oddychaniem, ale miał przy sobie Biblię i zrobił na nas wrażenie, gdy czytał ją umierającym i trzymał ich za rękę. 
Wszyscy byliśmy zmęczeni, zniechęceni, wykończeni psychicznie i fizycznie wykończeni, ale kiedy mieliśmy czas, słuchaliśmy go.

            Teraz musimy przyznać: my, ludzie, dotarliśmy do naszych granic, nie możemy nic zrobić, żeby każdego dnia nie umierało coraz więcej ludzi.  Zdaliśmy sobie sprawę, że tam, gdzie człowiek nic nie może zrobić, potrzebujemy Boga i zaczęliśmy prosić Go o pomoc, kiedy mamy tylko kilka wolnych minut. Rozmawiamy ze sobą i nie możemy uwierzyć, że my, zatwardziali ateiści, codziennie szukamy pokoju, prosząc Pana, by pomógł nam się na Nim oprzeć, byśmy mogli opiekować się chorymi. Wczoraj 75-letni duszpasterz umarł. Do tego momentu – mimo ponad 120 zgonów tutaj w ciągu 3 tygodni, mimo że wszyscy byliśmy wyczerpani i zniszczeni – udało mu się, pomimo jego stanu i naszych trudności, przynieść nam POKÓJ, którego nie mieliśmy nadziei odnaleźć. Duszpasterz odszedł do Pana i wkrótce podążymy za nim, jeżeli dalej tak będzie.

            Nie byłem w domu przez 6 dni, nie wiem, kiedy ostatni raz jadłem, i zdaję sobie sprawę z mojej bezwartościowości na tej ziemi, ale chcę się poświęcić do swojego ostatniego oddechu pomaganiu innym. Cieszę się, że powróciłem do Boga, gdy otaczają mnie cierpienia i śmierć moich bliźnich”.

            Zmartwychwstały, dla każdego otworzył bramy nieba, skorzystają  z tego daru ci, którzy odważą się zmienić swoje dotychczasowe życie – przyjąć Jego pokój.

Przechodzenie

Byłem odwrócony od Ciebie plecami

Zalękniony bałem się spojrzeć za siebie

i dlatego

Uciekałem

w coraz mroczniejszą sferę życia

Przekonany

że nie ma dla mnie żadnego ratunku

To wszystko z obawy

o życie, którego przecież i tak nie znałem

o akceptację, tak bardzo pożądaną

Biegłem więc

w coraz głębszą pustkę

Tłumiąc

w sercu ostatnią iskrę nadziei

Sam szansy sobie nie dawałem

a Twoja wtedy była dla mnie abstrakcją

i przez to

Czułem

coraz mocniej

że nie ma dla mnie ratunku

Popychany przez strach

Stanąłem

Zgarbiony nad własną mogiłą

W poczuciu rozpaczy

Wpatrzony w otchłań beznadziejności

Usłyszałem

Twoje przejmujące do głębi słowa

Nie bój się!

To wystarczyło, bym zaryzykował

Odwrócił się

i spojrzał na Ciebie

Bym wreszcie ujrzał

Tego, przed którym tyle uciekałem

Bym w końcu poczuł

Jego Miłość, której dotąd w ogóle nie znałem

Mógł zachwycać się

Jego blaskiem, który wcale oczu nie razi

By ostatecznie zrozumieć

że tylko w Nim

jest źródło prawdziwej wolności

że tylko On wyzwala

od Lęku

Śmierci

Ciemności…

Sam będąc Światłem

Latarnią dla innych się staje

Umożliwiając im

Przechodzenie do życia w wiecznej światłości

  1. M.W.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *